Przed nami kolejna - XVIII edycja Festiwalu Muzyki Dawnej Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu. Czeka nas wspaniały tydzień w każdym tego słowa znaczeniu.  Z łezką wzruszenia w oku wspominam ubiegły rok.

23 sierpnia 2009 rozpoczęła się XVII edycja festiwalu. Tego pięknego dnia dla mnie osobiście rozpoczęła się kolejna podróż wgłąb wieków. Wjeżdżając w surowe mury Jarosławskiego Opactwa, zastanawiałam się, jaki będzie ten festiwalowy tydzień. Program koncertów znany był mi już od dawna, lecz nie przypuszczałam, że w tego roku wywiozę stamtąd wyjątkowe wspomnienia. Przede mną rozpościerał się przepiękny wirydarz otoczony zabytkowym murem, tonący w zieleni i kwiatach. Lato w pełni odbijało promienie Słońca w witrażach kościoła pw. Św. Mikołaja. Wokół mnie słychać było różne języki, to z rożnych stron Europy przybywali uczestnicy festiwalu, aby przeżyć to wspaniałe święto muzyki dawnej i doskonalić swoje umiejętności na warsztatach. Pośród tego całego zgiełku radości i powitań czuło się już atmosferę tego, co ma się dopiero stać. Jedno wiedziałam na pewno, że za moment muzyka dawna i tradycyjna będzie brzmieć bez końca, a jej dźwięki nawet po wyjeździe będą kołatać się w mojej duszy. Zostaliśmy zakwaterowani w ascetycznych warunkach domu rekolekcyjnego, który od tej chwili zaczął tętnić życiem.


Wspólne modlitwy, posiłki, rozmowy przy stole, po drodze na warsztaty i biesiady w klubie festiwalowym po koncertach, to wszystko wypełniało czas aż po brzegi. Od gregoriańskiej jutrzni do białego rana Jarosław wypełniony był modlitwą, śpiewem i radością. Festiwal rozpoczął zespół Sirin z Moskwy koncertem "Staroruskich śpiewów jednogłosowych i wczesnej polifonii" z XVI-XVII wieku w Cerkwi Grecko-Katolickiej, poniedziałkowy wieczór zaś zabrzmiały apokaliptyczne "Fragmenty na koniec czasów" z IX-XI w. w wykonaniu zespołu Sequentia. Ciemną nocą na Jarosławski rynek przybyła "Królowa śniegu" w cudownym spektaklu, wykonanym przez młodych artystów z "Antiquo More" pod skrzydłami Jacka Hałasa, w roli narratora całego wydarzenia. Uwieńczeniem dnia była Gregoriańska Wigilia Uroczystości M.B. Częstochowskiej, która rozpoczęła się Nieszporami o godz. 23 we wtorek, a zakończyła się nazajutrz około 4 rano uroczystą Mszą Świętą w rycie Trydenckim. Kolejny duchowy aspekt tego festiwalu - warsztaty z Chorału Gregoriańskiego prowadzone przez Ojca Grzegorza Przechowskiego i ich odzwierciedlenia w nabożeństwach każdego dnia.
Obok Chorału projekt prowadzony przez Marcela Pereza - Messe de Nostre Dame Guillaume de Machaut (ca. 1300-1377). W maju we Wrocławiu odbyła się pierwsza część warsztatów, w Jarosławiu zaś przez cały tydzień trwała druga. Chór festiwalowy pod ręką mistrza zmagał się z oryginalną notacją i melodyką średniowiecznej mszy, aby w sobotni wieczór wykonać ten utwór uroczyście na zakończenie. Marcel Perez to bardzo otwarty i skromy człowiek. Poza prowadzeniem warsztatów, brał czynny udział w nabożeństwach, jako kantor obok Marcina Szczycińskiego i Roberta Pożarskiego. Swoją wiedzą i spostrzeżeniami dzielił się w każdej chwili, często uczestnicy przysiadali się do jego stołu podczas posiłków, aby porozmawiać, a pytań było wiele. Tak mijał dzień za dniem, a każdy z nich niósł nowe przeżycia. Codziennie z inicjatywy Ojca Błażeja Matusiaka odbywały się spotkanie ze śpiewem Sacred Harp, które były wynikiem warsztatów prowadzonych przez Tima Eriksena w poprzedniej edycji. I tak w środę Stefano Albarello zachwycił publiczność "Łacińskimi, epickimi i biesiadnymi pieśniami z czasów Karola Wielkiego" (IX-X w.). Utwory te tak głęboko zapadły w serca słuchaczy, że zespół Cantilena Antiqua otrzymał niezwykłe brawa, nawiązujące rytmem do utworów przez nich wykonanych. Długo potem członkowie zespołu muzykowali wraz z uczestnikami w klubie festiwalowym.
Podczas nocnego koncertu zabrzmiał "Rumuński chorał bizantyjski".Chór Byzantion pod kierownictwem Adriana Sarbu swoim śpiewem wypełnił wnętrze kościoła pw Św. Mikołaja w Opactwie. Gdy zamknęłam oczy, zaczęła działać wyobraźnia i zobaczyłam kopuły bizantyjskich świątyń skąpane w promieniach Słońca o brzasku. To była kolejna niezapomniana festiwalowa noc. Czwartkowy koncert upłynął w klimacie "Serbskiej muzyki cerkiewnej" zaczerpniętej z rękopisów z XIV - XVI w. przez Pavle Aksentijevića z Belgradu. Natomiast w piątek w Bazylice MB Bolesnej zagościła Capella Regia z Pragi pod dyrekcją Roberto Hugo. W programie znalazła się "Barokowa muzyka czeskich i polskich klasztorów". Wielkimi krokami zbliżał się koniec festiwalu i przepiękna Messe de Nostre Dame w wykonaniu festiwalowego chóru prowadzonego przez Marcela Pereza. Niecodzienne wydarzenia i niezapomniane przeżycia. Dla mnie osobiście to nie był zwykły koncert, a raczej celebracja, której byłam uczestnikiem. To była wielka wspaniała liturgia, w której nie jesteśmy tylko widzami. Części polifoniczne i monodyczne przeplatały się, tworząc jedno wielkie dzieło, którego aspekt duchowy góruje zdecydowanie nad samym jego wykonaniem. Nie czułam się jak na koncercie, choć dłonie same rwały się do oklasków. To była msza wykonana w przepiękny sposób, a Marcel Perez największy z kantorów prowadził wiernych w śpiewie chwalącym Boga.
Tym razem chór festiwalowy nie stał tyłem do ołtarza, zajmował nawę boczną, co dawało publiczności możliwość kontemplacji, z której wielu słuchaczy skorzystało. Przepiękna Jarosławska Kolegiata napełniła się blaskiem, a owacje nie miały końca. W tym wybuchu aplauzu, w morzu braw stał Marcel Perez otoczony chórem festiwalowym. To wspaniały muzyk, nauczyciel, kantor, znawca Chorału Gregoriańskiego, mistrz ornamentów, wielki artysta, ale przede wszystkim skromny człowiek, którego codziennie spotykałam w Opactwie. XVII Festiwal Pieśń Naszych Korzeni zakończ się Mszą Gregoriańską odprawioną wczesnym rankiem w Bazylice Ojców Dominikanów. Zaraz potem chór festiwalowy udał się do Warszawy, a stamtąd do Wrocławia, gdzie po raz kolejny została wykonana Messe de Nostre Dame w ramach festiwalu Wratislavia Cantans.

Mimo że festiwal już za nami, ale w duszy gra wciąż muzyka dawna. Przez długi czas, kiedy budziłam się rano, ze strachem spoglądałam na zegarek, czy nie spóźnię się na jutrznię. Mimo to, że to był tylko tydzień, pozostał nawyk, a może potrzeba takiej jutrzni w codziennym życiu. Teraz gdy wszystko wokół nas pędzi, dobrze jest zatrzymać się na chwilę. Pozostaje tylko poszukać takiego miejsca, w którym panuje cisza jak za murami Opactwa, gdzie czas płynie inaczej i gdzie możemy się odnaleźć. Taki tydzień to dobry początek na to, aby wyruszyć na wędrówkę w  poszukiwaniu pieśni naszych korzeni.

Polish Czech English French German Hungarian Italian Portuguese Romanian Russian Slovak Spanish Swedish Ukrainian